Musieliśmy dostać udaru słonecznego, żeby wymyślić coś takiego. No dobra, ja musiałem, ale stało się. W zeszłą sobotę wypożyczyliśmy rowery w Ruzfa Bike Rental i za jedyne 7 EUR na jeden dzień miejskimi holenderkami wyruszyliśmy parku La Albufera. Jego nazwa pochodzi od al-Buḥayra czyli jezioro. Jest to hiszpański chroniony obszar naturalny położony na obszarze Laguny Walenckiej. Jest to płytka laguna o powierzchni niecałych 24 km2. Jest otoczona przez aż 223 km2 pól ryżowych i jest to jedyno z niewielu miejsce w Europie, gdzie uprawia się ryż. Jezioro jest oddzielone od morza bardzo wąską linią brzegową z wydmami stabilizowanymi lasem sosnowym.
Obszar ten
jest miejscem tranzytowym wielu gatunków ptactwa.
Zanim
zdecydowaliśmy się na wyprawę postawiłem na Whatsappie ankietę. Na wycieczkę
zapisało się 14 z 18 uczniów. Firma wynajmująca rowery miała wiele punktów odbioru
i wybraliśmy ten najbliżej plaży i portu a tym samym najbliżej parku. Niestety
już po kilku kilometrach okazało się, że dwie osoby zrezygnowały. Pedałowanie,
nawet w umiarkowanym tempie ale w pełnym słońcu nie każdemu przypadło do gustu.
Droga
prowadziła na plażę na południe od portu i później google maps wysłał nas
najpierw ścieżkami rowerowymi a później wzdłuż szosy do miejscowości el Palmar.
Jest to wioska, w której ponoć narodziła się paella valenciana oraz z faktu
sąsiadujących z nią pól ryżowych.
Wioska, jak
wioska. Widok na jezioro w drodze do niej był ciekawy, choć kolor wody i jej
zapach mniej. Ruch na drodze też był dość duży a wioska el Palmar była, no jak
wioska. Na szczęście znaleźliśmy sklep, gdzie były owoce, lody, słodycze i przede
wszystkim picie.
W drodze
powrotnej zdecydowaliśmy się zignorować nawigację i spróbować wjechać do samego
obszaru chronionego parku, który wcześniej omijaliśmy z lewej strony. Udało
się. Park miał szerokie trasy dla rowerzystów i pieszych oraz skrywał oddalone
od cywilizacji plaże z czyściusieńką wodą. Żal nie skorzystać.
Widoki na
wydmy były imponujące.
Po kąpieli
się wyruszyliśmy oddać rowery i jak na złość jeden się zepsuł. W dodatku
pośrodku niczego i oczekiwanie na przyjazd firmy wynajmującej rowery trwałoby
godzinami. Na szczęście mieliśmy w grupie mechanika, mechatronika i rolnika.
Powyginana przerzutka została doprowadzona do stanu używalności i wolnym tempem
jeszcze dała radę tak z 5 kilometrów.
Gdy już odmówiła
stanowczo posłuszeństwa, chłopcy wpadli na szalony pomysł połączenia łańcuchów,
które dano nam, by przypinać rowery i ten zepsuty został wzięty na „hol”.
Ciężko się go ciągnęło, przyznaję. Musieliśmy się zmieniać. Ale dotarliśmy.
Łącznie nawigacja
pokazała 48 km. To był długi, niesamowity dzień pełen wrażeń i niezapomnianych
widoków.
Komentarze
Prześlij komentarz