Podróż – Sobota i niestety niedziela (3-4 czerwca)

  


W teorii to powinien być prosty wpis na blogu bez większych rewelacji z kilkoma entuzjastycznymi fotkami strzelonymi na lotnisku i w samolocie i komunikatem o szczęśliwym i pomyślnym dotarciu na miejsce.




Także, tego…

 

W sobotę o godzinie 12:50 na dwie godziny przed odlotem wszyscy karnie i punktualnie pojawili się na miejscu zbiórki. Korzystając z faktu, że odprawa jeszcze była zamknięta, sprawdziłem czy uczniowie posiadają dokument podróży oraz obowiązkowo Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego EKUZ. Jest to darmowy dokument, który upoważnia posiadacza do bezpłatnego korzystania z państwowej służby zdrowia w krajach UE. Niestety już miałem nieprzyjemność skorzystać i taki „paszport” do systemu ochrony zdrowia jest zbawienny w sytuacjach kryzysowych.

Uczniowie otrzymali także kopie dokumentu Learning Agreement czyli Porozumienia o Programie Praktyk.

Check-in i kontrola bezpieczeństwa na lotnisku przeszły bezproblemowo i płynnie.

Samolot odleciał punktualnie.








Nie latam jakoś często i nie mam wielkiego doświadczenia, jednak już od początku coś było nie halo. Samolot dość często wpadał w „turbulencje”. Były odczuwalne drgania i miało się też wrażenie, że nie mógł osiągnąć odpowiedniej mocy przelotowej.

Mniej więcej po piętnastu minutach usłyszeliśmy głos pilota, który po niemiecku (lecieliśmy Lufthansą) ogłosił coś, co już brzmiało niemiło i niczego dobrego nie wróżyło. Komunikat w języku angielskim tylko potwierdził wcześniejsze obawy. W skrócie, z powodów technicznych samolot musi wrócić na lotnisko w Poznaniu.

Nagle wszystkie te turbulencje i drgania oraz dziwne utraty mocy silnika nabierają zupełnie nowego znaczenia. Pasażerowie zachowali spokój, nikt nie panikował, choć widać było nerwy i niepokój wypisany na twarzy. W końcu wiele osób doświadczało czegoś takiego po raz pierwszy w życiu.

Starałem się coś wyczytać z twarzy stewardes, ale myślę, że w tamtym momencie  mogłyby z powodzeniem wziąć udział w turnieju pokerowym i go wygrać. Dwa razy.

Pocieszające jednak było to, że schodząc już zupełnie do lądowania nie otrzymaliśmy polecenia przyjęcia pozycji bezpiecznej i nie wyskoczyły maski tlenowe.

Wylądowaliśmy bezpiecznie.

Nie było oklasków. J

Tylko siedząca obok mnie Paulina obudziła się, gdy koła samolotu dotknęły pasa startowego. Czasem jednak ignorancja jest prawdziwym błogosławieństwem.



Pracownicy Lufthansy czekali na nas na stanowiskach, na których się odprawialiśmy. System natychmiast dokonał ponownej rezerwacji dla całej grupy na poranny lot z przesiadką do Walencji we Frankfurcie. Te informacje były bardzo uspokajające. Przez moment status lotu zmienił się z „odwołany” na „zawieszony”, co dawało nadzieję, że usterka, która zmusiła samolot do powrotu nie była poważna na tyle, żeby nie można było jej naprawić i jeszcze wylecieć tego samego dnia.

Okazało się to jednak niemożliwe.

Gdy wychodziliśmy z samolotu pracownik na płycie lotniska powiedział nam, że mieliśmy dużego pecha, bo tak długo jak on pracuje na Ławicy nigdy samolot tej firmy nie wrócił.

Miła Pani z Lufthansy wystawiała nam nowe karty pokładowe na poranny i przesiadkowy lot, a ja żeby być uprzejmym i zabić niezręczną ciszę powtórzyłem słowa z płyty lotniska o pechu.
„W takim razie musi tu bardzo krótko pracować”. – skomentował to krótko inny pracownik, obsługujący pasażerów na sąsiednim stanowisku.

Co więcej lot tam i z powrotem, trwał łącznie mniej niż pół godziny a już pracownicy bagażowi lotniska dali radę uszkodzić aż trzy sztuki bagażu. Wszystkie reklamacje zostały uznane i poszkodowani pasażerowie z naszej wesołej grupy otrzymali rekompensatę w postaci nowej walizki, którą sami wybrali z katalogu i która zostanie dostarczona pod wskazany adres przez kuriera.

Uczniowie zorganizowali sobie powrót. Niektórzy wracali z rodzicami kolegów i koleżanek. Za co serdecznie dziękuję. Tu mogę nadmienić, że mam fantastyczną grupę projektową (jak zawsze) i są to ludzie bardzo ogarnięci i można na nich polegać.

No prawie.

Niedzielny lot przeszedł bez najmniejszych problemów. Co prawda niektórzy musieli wstać o trzeciej nad ranem, by zdążyć na zbiórkę, ale można było odespać w samolocie.

 








Lotnisko we Frankfurcie to prawdziwy Behemot. Sama podróż autobusem z płyty lotniska do terminala trwała dobre dziesięć minut.

Odstawiono nas w terminalu B i przejście do budynku terminala A zajęło nam kolejne 15-20 minut.

Na miejscu uczniowie otrzymali trzy kwadranse na toaletę, ewentualne przekąski i psikanie się próbkami możliwie najdroższych perfum.

Co złego może się stać?

Na to Antoni: Potrzymaj mi piwo.

Tak więc mój grupowy geniusz wymyślił sobie, że skorzysta z oferty niemieckich McOkazji na McFlurry za jedyne 1 EUR. Super, idź. Smacznego!

Przy czym ani on, ani ja nie mieliśmy świadomości, że żeby skorzystać z ekskluzywnego menu wiodącej sieci sprzedającej śmieciowe jedzenie musi opuścić strefę bezpieczną i żeby wrócić musi mieć a. kartę pokładową i b. ponownie przejść przez kontrolę bezpieczeństwa.

No i Antoni nie posiadał karty pokładowej przy sobie a kolejka do kontroli wydawała się baaaardzo długa.

W danym momencie cytując go „Mój angielski wszedł na wyżyny i dostał co najmniej dwupoziomowego upgrade’u”.

Na szczęście niemiecki strażnik graniczny okazał się niezwykle pomocny, na szczęście Antoni posiadał dokument tożsamości, który pozwolił mu wydrukować nową kartę pokładową korzystając z automatu lufthansy, na szczęście został fast-trackowany i przeszedł szybko kontrolę bezpieczeństwa i wrócił na czas na boarding.

W zasadzie chłopiec przybiegł pięć minut przed zbiórką.

Oferta na McFlurry nie dotyczyła menu śniadaniowego. Zamiast lodów najadł się strachu. Dobrze mu tak!

Nie gniewałem się jakoś specjalnie. O sprawie dowiedziałem się po fakcie. Poradził sobie? Poradził. Wrócił? Wrócił. To po co drążyć!

Wielkie „hura” po wylądowaniu w Walencji. Wszystkie bagaże dotarły i tylko jeden uszkodzony. Co było miłe, ponieważ dla odmiany w zeszłym roku zostawili we Frankfurcie wszystkie nasze bagaże. (Słownie: wszystkie!)

Na lotnisku czekała na nas pani Karolina z firmy Educaprojects i autokar, który zawiózł nas do hostelu studenckiego AMRO Valencia.

O naszym miejscu pobytu zrobię osobny post, bo naprawdę urywa tyłek!

Byliśmy zmęczeni. Zmęczeni emocjami poprzedniego dnia, wczesną pobudką, podróżą.

Zdecydowaliśmy jednak, że od razu jemy lunch, robimy spotkanie organizacyjne i pójdziemy nauczyć się zasad podróżowania metrem a przy okazji zwiedzimy centrum miasta.  

Pani Karolina była / jest przecudownym opiekunem. Widać, że jest bardzo zaangażowana, by wszystkie aspekty naszego pobytu były jak najwyższej jakości. Organizacja od samego początku jest efektywna. Komunikacja też. Czujemy, że jesteśmy pod dobrą opieką.

Stare miasto Walencji jest 10 minut piechotą od naszego hostelu. Pojechaliśmy metrem ale tylko jeden przystanek w sumie w celach szkoleniowych.

Uczniowie otrzymali karty miesięczne na wszystkie formy komunikacji publicznej w Walencji czyli metro, tramwaje i autobusy.

Moja czapka z głowy dla całej ekipy, że przetrwała jeszcze trzygodzinny spacer po starówce. Mateusz skrzętnie zapisywał w telefonie notatki miejscówek, które musimy w przyszłości odwiedzić (stary targ w Walencji, muzeum targu jedwabiu, Taco Bell, jakaś burgerownia, najlepsza restauracji oferująca lokalny napój horchatę, ogród botaniczny, katedra)

Trafiliśmy do lodziarni premium. Reklamowane jako number one lody w całej Hiszpanii kosztowały srogo, ale niektórzy twierdzili, że były warte swojej ceny. Dla mnie lody, jak lody. Zimne, słodkie. Smaczne.

Wyczerpani już wróciliśmy do akademika. W poniedziałek mieliśmy zaplanowane pierwsze prezentacje w firmach.

Komentarze