W teorii to powinien być prosty wpis na blogu bez większych rewelacji z
kilkoma entuzjastycznymi fotkami strzelonymi na lotnisku i w samolocie i
komunikatem o szczęśliwym i pomyślnym dotarciu na miejsce.
Także, tego…
W sobotę o godzinie 12:50 na dwie godziny przed odlotem
wszyscy karnie i punktualnie pojawili się na miejscu zbiórki. Korzystając z
faktu, że odprawa jeszcze była zamknięta, sprawdziłem czy uczniowie posiadają
dokument podróży oraz obowiązkowo Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego
EKUZ. Jest to darmowy dokument, który upoważnia posiadacza do bezpłatnego
korzystania z państwowej służby zdrowia w krajach UE. Niestety już miałem
nieprzyjemność skorzystać i taki „paszport” do systemu ochrony zdrowia jest
zbawienny w sytuacjach kryzysowych.
Uczniowie otrzymali także kopie dokumentu Learning Agreement
czyli Porozumienia o Programie Praktyk.
Check-in i kontrola bezpieczeństwa na lotnisku przeszły
bezproblemowo i płynnie.
Samolot odleciał punktualnie.
Nie latam jakoś często i nie mam wielkiego doświadczenia,
jednak już od początku coś było nie halo. Samolot dość często wpadał w „turbulencje”.
Były odczuwalne drgania i miało się też wrażenie, że nie mógł osiągnąć
odpowiedniej mocy przelotowej.
Mniej więcej po piętnastu minutach usłyszeliśmy głos pilota,
który po niemiecku (lecieliśmy Lufthansą) ogłosił coś, co już brzmiało niemiło
i niczego dobrego nie wróżyło. Komunikat w języku angielskim tylko potwierdził
wcześniejsze obawy. W skrócie, z powodów technicznych samolot musi wrócić na
lotnisko w Poznaniu.
Nagle wszystkie te turbulencje i drgania oraz dziwne utraty
mocy silnika nabierają zupełnie nowego znaczenia. Pasażerowie zachowali spokój,
nikt nie panikował, choć widać było nerwy i niepokój wypisany na twarzy. W
końcu wiele osób doświadczało czegoś takiego po raz pierwszy w życiu.
Starałem się coś wyczytać z twarzy stewardes, ale myślę, że w
tamtym momencie mogłyby z powodzeniem wziąć
udział w turnieju pokerowym i go wygrać. Dwa razy.
Pocieszające jednak było to, że schodząc już zupełnie do
lądowania nie otrzymaliśmy polecenia przyjęcia pozycji bezpiecznej i nie
wyskoczyły maski tlenowe.
Wylądowaliśmy bezpiecznie.
Nie było oklasków. J
Tylko siedząca obok mnie Paulina obudziła się, gdy koła samolotu dotknęły pasa startowego. Czasem jednak ignorancja jest prawdziwym błogosławieństwem.
Pracownicy Lufthansy czekali na nas na stanowiskach, na
których się odprawialiśmy. System natychmiast dokonał ponownej rezerwacji dla
całej grupy na poranny lot z przesiadką do Walencji we Frankfurcie. Te
informacje były bardzo uspokajające. Przez moment status lotu zmienił się z „odwołany”
na „zawieszony”, co dawało nadzieję, że usterka, która zmusiła samolot do
powrotu nie była poważna na tyle, żeby nie można było jej naprawić i jeszcze
wylecieć tego samego dnia.
Okazało się to jednak niemożliwe.
Gdy wychodziliśmy z samolotu pracownik na płycie lotniska
powiedział nam, że mieliśmy dużego pecha, bo tak długo jak on pracuje na Ławicy
nigdy samolot tej firmy nie wrócił.
Co więcej lot tam i z powrotem, trwał łącznie mniej niż
pół godziny a już pracownicy bagażowi lotniska dali radę uszkodzić aż trzy sztuki bagażu. Wszystkie reklamacje
zostały uznane i poszkodowani pasażerowie z naszej wesołej grupy otrzymali rekompensatę
w postaci nowej walizki, którą sami wybrali z katalogu i która zostanie dostarczona
pod wskazany adres przez kuriera.
Uczniowie zorganizowali sobie powrót. Niektórzy wracali z
rodzicami kolegów i koleżanek. Za co serdecznie dziękuję. Tu mogę nadmienić, że
mam fantastyczną grupę projektową (jak zawsze) i są to ludzie bardzo ogarnięci
i można na nich polegać.
No prawie.
Niedzielny lot przeszedł bez najmniejszych problemów. Co
prawda niektórzy musieli wstać o trzeciej nad ranem, by zdążyć na zbiórkę, ale
można było odespać w samolocie.
Lotnisko we Frankfurcie to prawdziwy Behemot. Sama podróż
autobusem z płyty lotniska do terminala trwała dobre dziesięć minut.
Odstawiono nas w terminalu B i przejście do budynku terminala
A zajęło nam kolejne 15-20 minut.
Na miejscu uczniowie otrzymali trzy kwadranse na toaletę,
ewentualne przekąski i psikanie się próbkami możliwie najdroższych perfum.
Co złego może się stać?
Na to Antoni: Potrzymaj mi piwo.
Tak więc mój grupowy geniusz wymyślił sobie, że skorzysta z
oferty niemieckich McOkazji na McFlurry za jedyne 1 EUR. Super, idź. Smacznego!
Przy czym ani on, ani ja nie mieliśmy świadomości, że żeby
skorzystać z ekskluzywnego menu wiodącej sieci sprzedającej śmieciowe jedzenie musi
opuścić strefę bezpieczną i żeby wrócić musi mieć a. kartę pokładową i b. ponownie
przejść przez kontrolę bezpieczeństwa.
No i Antoni nie posiadał karty pokładowej przy sobie a
kolejka do kontroli wydawała się baaaardzo długa.
W danym momencie cytując go „Mój angielski wszedł na wyżyny i
dostał co najmniej dwupoziomowego upgrade’u”.
Na szczęście niemiecki strażnik graniczny okazał się
niezwykle pomocny, na szczęście Antoni posiadał dokument tożsamości, który pozwolił
mu wydrukować nową kartę pokładową korzystając z automatu lufthansy, na
szczęście został fast-trackowany i przeszedł szybko kontrolę bezpieczeństwa i
wrócił na czas na boarding.
W zasadzie chłopiec przybiegł pięć minut przed zbiórką.
Oferta na McFlurry nie dotyczyła menu śniadaniowego. Zamiast
lodów najadł się strachu. Dobrze mu tak!
Nie gniewałem się jakoś specjalnie. O sprawie dowiedziałem
się po fakcie. Poradził sobie? Poradził. Wrócił? Wrócił. To po co drążyć!
Wielkie „hura” po wylądowaniu w Walencji. Wszystkie
bagaże dotarły i tylko jeden uszkodzony. Co było miłe, ponieważ dla odmiany w
zeszłym roku zostawili we Frankfurcie wszystkie nasze bagaże. (Słownie: wszystkie!)
Na lotnisku czekała na nas pani Karolina z firmy
Educaprojects i autokar, który zawiózł nas do hostelu studenckiego AMRO
Valencia.
O naszym miejscu pobytu zrobię osobny post, bo naprawdę urywa
tyłek!
Byliśmy zmęczeni. Zmęczeni emocjami poprzedniego dnia,
wczesną pobudką, podróżą.
Zdecydowaliśmy jednak, że od razu jemy lunch, robimy
spotkanie organizacyjne i pójdziemy nauczyć się zasad podróżowania metrem a
przy okazji zwiedzimy centrum miasta.
Pani Karolina była / jest przecudownym opiekunem. Widać, że
jest bardzo zaangażowana, by wszystkie aspekty naszego pobytu były jak
najwyższej jakości. Organizacja od samego początku jest efektywna. Komunikacja też.
Czujemy, że jesteśmy pod dobrą opieką.
Stare miasto Walencji jest 10 minut piechotą od naszego
hostelu. Pojechaliśmy metrem ale tylko jeden przystanek w sumie w celach
szkoleniowych.
Uczniowie otrzymali karty miesięczne na wszystkie formy
komunikacji publicznej w Walencji czyli metro, tramwaje i autobusy.
Moja czapka z głowy dla całej ekipy, że przetrwała jeszcze trzygodzinny
spacer po starówce. Mateusz skrzętnie zapisywał w telefonie notatki miejscówek,
które musimy w przyszłości odwiedzić (stary targ w Walencji, muzeum targu
jedwabiu, Taco Bell, jakaś burgerownia, najlepsza restauracji oferująca lokalny napój horchatę, ogród botaniczny, katedra)
Trafiliśmy do lodziarni premium. Reklamowane jako number one
lody w całej Hiszpanii kosztowały srogo, ale niektórzy twierdzili, że były
warte swojej ceny. Dla mnie lody, jak lody. Zimne, słodkie. Smaczne.
Wyczerpani już wróciliśmy do akademika. W poniedziałek
mieliśmy zaplanowane pierwsze prezentacje w firmach.

Komentarze
Prześlij komentarz