Pierwszy spacer w centrum miasta.

Tak, jak może pisałem centrum Walencji jest oddalone jakieś 10 – 15 minut na pieszo od naszego hostelu. Wystarczy dojść do głównej ulicy (takie Aleje Niepodległości z Poznania), przejść na drugą stronę i niezależnie od jakiej uliczki zaczniemy, prędzej czy później dotrzemy do Ciutat Vella.




Z tego, co pamiętam zaczęliśmy od budynku stylizowanego na antyczne Koloseum. Okazało się, że jest to arena, na której kilka razy w roku odbywa się korrida. Corrida de Toros wzięła swoją nazwę od czasownika correr (biegać) i toro – byk. Jest to spektakl, podczas którego matador, czyli główny zapaśnik korridy walczy z bykiem, zwykle na końcu go zabijając.  Jest to wielowiekowa tradycja sięgająca według jednych czasów arabskich, choć są źródła sugerujące nawet korzenie walk z bykami sięgające Kartagińczyków lub Rzymian.





Generalnie doradza się unikanie rozmów na temat korridy. Prowokuje głębokie podziały i pełne emocji dyskusje w społeczeństwie hiszpańskim. Przeciwnicy korridy uważają, że jest to forma znęcania się nad zwierzęciem, które umiera w mękach, wykrwawiając się na arenie, ku uciesze widzów. Zwolennicy korridy twierdzą, że jest to forma sztuki, tradycyjnie osadzonej w hiszpańskiej kulturze i jej zwalczanie jest atakiem na historię, kulturę i tradycje kraju. Niemniej jednak są już niektóre regiony w Hiszpanii, które zamierzają wprowadzić zakaz organizowania walk z bykami, tak jak Katalonia, w rejonie której zakaz ten obowiązuje od 2012 roku. Tak więc na korridę się chodzi, ale się o niej nie rozmawia. 







Tuż obok znajduje się stacja kolejowa. Estación del Norte, pomimo tego, że jest budynkiem użyteczności publicznej, jest też atrakcją turystyczną ze względu na bogato zdobione ściany i sufit. Wyłożone kolorowymi kaflami robią olbrzymie wrażenie. Jest to dość modernistyczny budynek z fasadą pełną motywów roślinnych, zwłaszcza liści i owoców pomarańczy, które są bardzo charakterystyczne dla tego regionu.










Centrum Walencji jest dość specyficzne. Architektonicznie robi wrażenie mieszanki wielu stylów, gdzie stare i pięknie odnowione kamienice stoją obok bardziej nowoczesnych budynków i zaniedbanych lub opuszczonych miejsc. Miasto jest bardzo czyste i po kilku dniach spędzonych tutaj, a mieszkamy praktycznie w centrum, można z przekonaniem stwierdzić, że jest też bezpiecznym miejscem.











Chodząc po starym mieście zobaczyliśmy także ratusz, który wcześniej był więzieniem dla kobiet. Budynek centralnego targu (był zamknięty). Budynek muzeum targu jedwabiu (idziemy w sobotę), plac centralny z fontanną, katedrę, która wyglądała z zewnątrz przedziwnie (jak pójdziemy to napiszemy więcej), najwęższy budynek w Europie o szerokości 107 cm (zdaje się patodeweloperka ma długą historię w całej Europie),



 tuż obok zjedliśmy lody w reklamowanej jako numer 1 w Hiszpanii lodziarni, która chwaliła się wieloma nagrodami jakości etc. 



Wracając do hostelu jeszcze zobaczyliśmy dwie bramy wjazdowe do miasta, które są jedynymi pozostałościami murów miejskich miasta.

 













W poniedziałek po południu wybraliśmy się na przywitanie z morzem. Większość czasu spędziliśmy testując najszybsze połączenia metrem, tramwajem, autobusem. To Maria odkryła, że niedaleko plaży jest przystanek autobusu linii 92, która zawiezie nas bezpośrednio prawie pod sam akademik bez potrzeby przesiadania się. Autobusy wydają się tutaj jeździć częściej. Metro danej linii kursuje mniej więcej co 20 – 30 minut. Jak się ma pecha to trzeba czekać.

Walencja ma bardzo szerokie piaszczyste plaże. Woda jest już ciepła, choć dla tubylców kąpiel pod koniec maja i na początku czerwca to kuriozum. Rozumiemy to. By that standard oni prawdopodobnie myślą, że nad Bałtykiem mieszkają pingwiny.







Na plażę wrócimy w niedzielę. Ma być słoneczna pogoda. Co do pogody, to jest ciepło, ale nie gorąco. Bywa, że nawet chłodno, gdy słońce schowa się za chmurami. Znad morza wieje lekki ożywczy wiatr. Zdaniem Internetów czerwiec i wrzesień są najlepszymi miesiącami na zwiedzanie miasta. Lipiec i sierpień są bardzo gorące. Od przyszłego tygodnia mają przyjść wyższe temperatury, ale jeszcze nie upały. Zdarza się, że pokropi. Mamy trochę szczęścia, ponieważ przez cały tydzień przed naszym przyjazdem lał deszcz, co akurat było dla tubylców zbawienne. Hiszpania zmaga się z dużymi niedoborami wody i każdy opad deszczu jest mile widziany.

Mniej więcej 10 minut marszu od naszego akademika znajduje się park Jardi del Turia. Ogród, nazywany czasem Ogrodami Turii, został założony w starym korycie rzeki Turia. W latach osiemdziesiątych, po kolejnej wielkiej powodzi, zdecydowano się zmienić bieg rzeki tak, by nie zagrażała więcej miastu.

W starym korycie rzeki planowano wybudować autostradę / drogę szybkiego ruchu pomiędzy centrum miasta a lotniskiem. Spotkało się to z wielkim oporem mieszkańców, protestami oraz apelami do władz o inne zagospodarowanie tego terenu. Ponieważ zbiegło się to ze schyłkiem dyktatury generała Franco zdecydowano się w tym miejscu założyć park.  Jest to miejsce fantastyczne. Nazywane płucami Walencji ogrody mają obecnie 136 hektarów terenów zielonych. Są jednak cały czas rozbudowywane. Obecnie długość parku to 8,5 km ale ma się zwiększyć do 10 km a obszar ma sięgać 160 hektarów.



Park usiany jest placami zabaw dla dzieci, boiskami do piłki nożnej, baseballu, koszykówki. Ma oczywiście ścieżkę rowerową ale też specjalną ścieżkę dla osób uprawiających jogging. To zielone miejsce, położone praktycznie w samym centrum miasta, jest azylem, w którym można odpocząć, wybrać się z przyjaciółmi na piknik, uprawiać sport.


















Komentarze