Paella oraz Walencja nocą.

Paella – potrawa jednoznacznie kojarząca się z Hiszpanią tak jak risotto z Włochami i BigMac z USA. Nie sposób spędzić miesiąc w mieście, które uznawane jest za miejsce narodzin paelli i jej nie spróbować.

 


Poprosiliśmy panią Karolinę, żeby zarezerwowała nam  restaurację, gdzie byłaby szansa skosztowania jej tradycyjnej wersji.

 


Przybyliśmy zbyt wcześnie. W sumie rezerwacja była na 20.15 ale czekaliśmy na stolik i później czekaliśmy też na posiłek.

 

Paellę w Walencji przede wszystkim zamawia się minimum dla dwóch osób. Z jakichś przyczyn nie przygotują świeżej porcji dla jednego klienta. Owszem można kupić porcję z wystawionej już przygotowanej potrawy, która leży na paellerze czyli dużej płytkiej patelni z dwoma uchwytami.

 

Paella Valenciana jest przygotowywana z mięsem królika i drobiu. Z przewagą tego ostatniego. Jest to potrawa na bazie smażonego ryżu z dodatkiem szafranu.

Jest wiele odmian paelli. My zamówiliśmy 12 porcji mięsnej, 6 porcji z owocami morza oraz 2 porcie wegeteriańskie. Wszystkie zniknęły i w sumie można było popróbować każdego rodzaju.

 

Dla mnie mięsna była smaczniejsza. Na pewno z owocami moża zdawała się być bardziej słona. Każda mi smakowała.

 

Restauracja okazała się być położona obok Torres de Serranos, czyli głównej bramy. Co ciekawe ten zakątek zdawał się być nieco z boku i nie był wcześniej odkryty przez żadnego z nas, a szkoda. Jest to część miasta z klasycznymi wąskimi uliczkami, jednorodną architekturą, ciekawymi bramami i wielkimi okutymi drzwiami kamienic.

 














Tubylcy i turyści zaczęli schodzić się do restauracji około 21.00. W zasadzie bardzo szybko wszystkie miejsca obok nas zapełniły się ludźmi, salę restauracyjną wypełnił gwar.

 




Ponieważ nasze zamówienie było bardzo duże, to i patelnie z paellą, które pojawiły się na stole były olbrzymie. Każda na sześć porcji plus jedna mniejsza wege.

 



Hiszpański slow life trwał mniej więcej tyle, co cały mecz Polska-Niemcy. Udało nam się obejrzeć tylko skrót. Ale było warto.

 






Po posiłku zdecydowaliśmy się zobaczyć, jak wygląda stare miasto po zmroku. Odpowiedź: cudownie. Nie chodzi nawet o iluminację lub specjalne podświetlanie najważniejszych budynków. W zasadzie akurat ten element był rozczarowujący, ponieważ ani katedra, ani La Lonja i Mercat Central nie były specjalnie iluminowane. Już nasza średzka Bazylika Mniejsza się lepiej prezentuje w nocy.

 





Za to inne budynki, wąskie uliczki z lampami stylizowanymi na wieki przeszłe robią wielkie wrażenie.

 


Nawet o godzinie 23 miasto zdaje się tętnić życiem. Stoliki poustawiane na chodnikach i przed knajpami są pełne ludzi. Na głównych placach można spotkać performerów grających na różnych instrumentach muzycznych. Jest głośno, jest gwar, jest muzyka i jest też przyjemnie chłodno.

 

To był bardzo dobry wieczór. Miło było spędzić ten czas z całą grupą, zwłaszcza, że wczoraj żegnaliśmy panią Anię Klepacką. Po dwóch tygodniach zmieniają się opiekunowie i dziś czekamy na panią Renatę Graczyk, która uczy matematyki.

 

Tutaj ogromne podziękowania dla pani Klepackiej, naszego szkolnego pedagoga. Z uporem maniaka szukała dla młodzieży ciekawych i wartych odwiedzenia miejsc. Była  zawsze rano na śniadaniu, żeby się upewnić, że każdy uczeń zdążył na praktyki. Doskonale zorganizowana i przygotowana. Z chęcią poświęciła czas, gdy ktoś chciał zwyczajnie porozmawiać. Wiemy, że doleciała bezpiecznie do domu i już pozdrawiamy.

 


Komentarze